sobota, 5 maja 2018

Od Riley CD Christiny

Przemierzałyśmy leśne gęstwiny, co jakiś czas potykając się o wystające z gleby korzenie, które bezczelnie pchały się nam pod nogi.
- Jesteś pewna, że to właśnie tu je widziałaś? - przeleciałam wzrokiem po gałęziach pobliskich drzew, które skutecznie odcinały nam dopływ światła, przez co cały krajobraz sprawiał wrażenie trochę mrocznego.
- No... Tak, chyba tak - Riha obróciła się przez ramię, posyłając mi pogodny uśmiech, który mimo wielkich starań właścicielki, niestety był do bólu nieszczery - No dobra, może faktycznie nie powinnyśmy były skręcać w lewo przy tamtej skale... - przyznała po chwili, wzdychając ciężko.
- Spokojnie, i tak masz lepszą orientację w terenie ode mnie. Ja tam nawet nie pamiętam, czy mijałyśmy już jakąś skałę! - poklepałam dziewczynę przyjacielsko po ramieniu, która w odpowiedzi na mój komentarz mimowolnie parsknęła śmiechem.
Nieoczekiwanie dobiegł do nas cichy szelest liści.
- To chyba stamtąd... - wyszeptałam, podchodząc do pobliskich krzewów. Ostrożnie przeczołgałyśmy się między liściastymi kępami, wypatrując źródła owego dźwięku.
- Riley, patrz! - przyjaciółka powoli odsunęła gałązki , wskazując na zwierzę leżące na pobliskiej polanie. Bez wątpienia był to jednorożec. Jego płytki, przyspieszony oddech z pewnością nie wróżył nic dobrego.
- Skąd on się tutaj wziął?
- Nie mam pojęcia... - pokręciłam głową, spoglądając na stworzenie ze współczuciem - Wygląda jakby nie jadł od kilku dni. Coś jest nie tak...
- Może jest chory? - podsunęła dziewczyna.
- Na to wygląda. Chyba powinnyśmy go przebadać i ewentualnie przewieźć do specjalisty. Nie możemy go tutaj tak po prostu zostawić.
- To... Jak go złapiemy? O ile mi wiadomo, jednorożce są bardzo lękliwe...
- Podejdź go od tyłu, a ja pofrunę na tamtą gałąź i odetnę mu drogę - po tych słowach przysiadłam w wyznaczonym miejscu, czekając na ruch towarzyszki. Ciemnowłosa zakradła się ostrożnie i machnęła ręką, dając mi sygnał do działania. Zwierzę wydało z siebie głośne rżenie i stanęło dęba. Nagle wszystko dookoła zaczęło niepokojąco drgać, jakby ziemia za moment miała się rozstąpić, a obraz zawirował, tworząc barwną, rozmytą spiralę. Nagle zakręciło mi się w głowie, przez moment czułam się jakbym kręciła się w kółko. Z tego dziwnego stanu wyrwało mnie dopiero mocne uderzenie w glebę.
- Auć... - chwyciłam się z tył głowy i powoli podniosłam się z trawy. Po chwili dostrzegłam Christinę, leżącą parę metrów dalej.
- Robyn! - podbiegłam do dziewczyny - Nic ci się nie stało?
- Niee... Raczej nie. To było trochę dziwne - stwierdziła, otrzepując spodnie z piachu, po czym rozejrzała się dookoła - Co się właściwie stało? Gdzie my jesteśmy i gdzie się podział ten jednorożec?
Naprawdę chciałam odpowiedzieć na choć jedno jej pytanie, ale... Nic nie przychodziło mi na myśl.
- Jak znam życie nieprędko go znajdziemy, pewnie się znowu teleportował... - westchnęłam, przyglądając się sporej, drewnianej chacie między drzewami - Chodź, może ktoś z tamtego domu powie nam gdzie wylądowałyśmy.
- Ja bym tam nie wchodziła... - wyszeptała Christie, spoglądając podejrzliwie na pękniętą szybę budynku - Nie podoba mi się tutaj...
Obejrzałam się przez ramię, przez moment zastanawiając się czy powinnam jej posłuchać. Z jednej strony chyba niezbyt rozsądnie jest się pakować do jakiejś osobliwej rudery, do złudzenia przypominającej chaty z horrorów. No i nie wiadomo jeszcze kto (lub co, jeśli mamy do czynienia z istotami magicznymi) właściwie tutaj mieszka, bo choć posiadłość zdawała się być raczej opuszczona, przecież nigdy nie wiadomo czego się po takich miejscach spodziewać. Ostrożnie zapukałam do drzwi, potem drugi raz, trzeci... Za czwartym razem same się otworzyły.
- Wejdźmy tylko na chwilę, nikogo tutaj nie ma... - stwierdziłam i ostrożnie uchyliłam stare, drewniane drzwi, które w odpowiedzi na takową czynność zaskrzypiały ze złością. Zajrzałyśmy do środka, lustrując wzrokiem wszystko dookoła, a przynajmniej to, co udało nam się dostrzec w otchłani mroku. Spojrzałam na spory przedmiot znajdujący się w drugim kącie pokoju. Podobnie jak reszta mebli, nie mógł się poszczycić swym urokiem, bowiem cała jego powierzchnia, łącznie z płachtą, którą częściowo był przykryty; spowiły kłęby kurzu. No dobra, może zacznijmy od tego? Chwyciłam za rogi materiału, uwalniając ukryty pod spodem... Fortepian! Wybałuszyłam oczy zachwycona.
- Christie, chodź coś zobaczyć - wyszczerzyłam się w stronę dziewczyny, która o dziwo... Wcale nie stała już tam gdzie wcześniej. Zesztywniałam niczym potraktowana zaklęciem drętwoty, biegając wzrokiem po pomieszczeniu. Przecież jeszcze przed chwilą tutaj była. Nagle dobiegł do mnie cichy chichot, któremu towarzyszyło dziwne, niezręczne uczucie.
- Kto tu jest...? - głuche echo mojego głosu rozniosło się po ścianach pokoju. W tej samej chwili ktoś zapalił świecę, rozbijając wszechobecny mrok. Srebrne koła wiszące u sufitu obok okna odbijały światło maleńkiego płomienia, delikatnie zarysowując jasnymi smugami kontury twarzy nieznajomego. Starzec wciąż chichotał, szczerząc się przy tym upiornie. A temu co tak wesoło? Wywar z raptuśnika zażył czy co?

Christina?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen