wtorek, 24 kwietnia 2018

Od Vincenta do Anastasii

Najszybciej jak mogłem wyszedłem na brzeg niewielkiego jeziora. Trzeba przyznać niektóre z wodnych stworzeń są okropnie niebezpieczne, no napewno ten fluorescencyjny rekino-podobny stwór co mnie przed chwilą ugryzł w prawy bark. Rana krwawiła, ale nie było tragicznie. Starając się bardziej jej nie uszkodzić dość prowizorycznie obejrzałem ją znalezionym w moim plecaku bandażem. Bywało się już nie raz w gorszych sytuacjach. Po raz kolejny zbyt narażam się pomagając komuś i poraz kolejny robię to totalnie z własnej woli i winy. Spróbowałem lekko ruszyć uszkodzonym barkiem, odrazu poczułem przebywający przez całą rękę ból , ale dało się to jakoś znieść. Otrzepałem zrobione przezemnie notatki z wody po czym zagwizdałem przywołując mojego konia. Na szczęście po dawnych czasach zachował on wyjątkową inteligencję, potrafił zrozumieć i wykonać wiele, jeśli nie wszystkie polecenia. Po chwili tuż obok mnie pojawił się brązowy wierzchowiec, widocznie wygrywając krew bo na mój widok położył uszy i zawierzgał pokazując, że mu się to nie podoba.
- Bez przesady staruszku- powiedziałem poklepując go zdrową ręką po szyi- bywało już gorzej- zaśmiałem się wybijając się i wskakując na grzbiet konia, podtrzymują się lewą ręką jego grzywy, zwierzak potrzasnoł na to głową i prychnął cicho. Czasem mam wrażenie, że ten zwierzak bardziej się o mnie martwi niż ja sam. To był jeden z dużych plusów posiadania pół-jednorożca, zwierzak nie potrzebował żadnego sprzętu do jazdy, a do tego nigdy nie uciekał więc bez problemu można było go zostawić na chwilę samemu sobie. W tej chwili nawet za bardzo nie musiałem się zastanawiać gdzie jechać bo zanim się obejrzałem zwierzak ruszył galopem w stronę miasta. Muszę przyznać, że jazda na oklep, do tego trzymając się grzywny tylko jedną ręką była trudna. Po chwili jednak udało nam się dojechać do miasta. Zszedłem z konia i zacząłem rozglądać się za jakimś uzdrowicielem lub medykiem, przez czas spędzony w tym kraju zdążyłem już trochę poznać miasto, ale nadal znałem niewiele osób.
- Mam nadzieje, że ta gadzina nie była jadowita- powiedziałem cicho sam do siebie znowu próbując ruszyć barkiem, zauważyłem wtedy, że mój bandarz calkowicie nasiąkł już krwią. Chyba nie wyglądała najlepiej bo każda osoba jaką minąłem oglądała się za mną. Nie przepadam za czymś takim, więc stwierdziłem, że zamienię się w kota. Teraz rana nie była już tak widoczna jak wcześniej. Co prawda utrudniała ona trochę poruszanie się, ale mojej logiki nikt nie zrozumie. Czasem zastanawiam się jakim cudem jeszcze żyje. Nagle wpadłem w kogoś, a dokładnie to ktoś prawie staranował mnie.
- Ojej wybacz kocie- usłyszałem nagle nad sobą czyjś głos po czym spojrzałem do góry aby zobaczyć mojego rozmówcę. Była to dziewczyna o jasnych włosach, chyba próbowała mnie podnieść bo wyciągnęła ręce w moim kierunku. Najszybciej jak pozwoliła mi na to rana odskoczylem i z powrotem zamieniłem się w człowieka. Dziewczyna wyglądała na zdziwioną i lekko zaklopotaną, w sumie w tej okolicy nie ma dużo zmiennych, a do tego zmienny zmieniający się w zwierzęta domowe są rzadkością. Nie raz ludzie brali mnie za zwykłego kota. Nagle zaczęło mi się robić trochę słabo i zaczęło boleć mnie głowa.
-Em...wybacz- mruknęła cicho, po czym po chwili zobaczyła chyba, że coś jest nie tak bo widocznie patrzyła na mój bark- Nic Ci nie jest? - zapytała, ale nawet nie pozwalając mi skończyć złapala mnie za zdrowe ramię i zaczęła ciągnąć w jakimś kierunku- Nazywam się Anastasia Conolly i jestem uzdrowicielem- powiedziała poważnym totem
- Vincent- powiedziałem lekko zdezorientowany całą sytuacją i bólem głowy. W tym samym momencie robiło mi się coraz bardziej słabo i chyba musiałem wtedy zemdleć.




Nastia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen