poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Od Riley Do Kogoś

Słońce powoli wychylało się zza horyzontu, opatulając swymi świetlistymi ramionami częściowo spowity mgłą krajobraz. Obniżyłam się o parę metrów, śledząc wzrokiem lśniącą, gładką taflę wody, która niczym lustro odbijała błękit bezchmurnego nieba. Przy samym brzegu gdzieniegdzie widniały kwieciste pagórki o różnorakich barwach, wśród których przeważały jednak róż i biel. Odetchnęłam głęboko, napawając wzrok malowniczą plażą. Przepiękne miejsce, aż dziw że nigdy wcześniej nie pomyślałam o odwiedzeniu Irlandii. Dotychczas doceniałam głównie urok samej Nowej Zelandii, która zdawała mi się być niezrównana z każdym innym krajem. Faktem jest, iż tamtejsza flora może się poszczycić nieco większą różnorodnością, aczkolwiek nie tylko "kraj kiwi" ma dużo do zaoferowania. No tak, chyba jedyne co można Irlandii zarzucić to klimat. Tia, trzeba się będzie przyzwyczaić do niższych temperatur, a że jestem raczej zwolenniczką ciepła, a nawet upałów; opcja lodowatych miesięcy niezbyt mi się uśmiecha. Cóż, co będzie to będzie. Trzeba się skupić na celu tej podróży. A no właśnie, gdzie ja właściwie mam lecieć? Dopiero teraz do mnie dotarło, że przez ten cały czas kręciłam się w kółko. No super. Brawo, Riley. Chyba wypadałoby zerknąć na mapę czy coś w tym stylu. Skręciłam lekko, kierując się w stronę pobliskiej łąki, stanowiącej wręcz idealny punkt do lądowania. Kiedy wreszcie me nogi spoczęły na miękkiej trawie, zajęłam się przeszukaniem torby. Dobrze że przed moim wyjazdem babcia pomogła mi z rzuceniem zaklęcia Capacious extremix, w przeciwnym razie musiałabym te wszystkie bagaże znajdujące się w środku taszczyć na piechotę. Swoją drogą trochę żałuję, iż sama nie mogłam tego zrobić. Że też musiałam odziedziczyć dar akurat po ojcu, znaczy się, zawsze lubiłam swą zwierzęcą powłokę i w ogóle, ale chciałabym móc umiejętnie posługiwać się różdżką. Bądź co bądź przyznać trzeba, iż w wielu sytuacjach może to ułatwić życie. Eh, jakby na świecie było mało zmiennokształtnych...
Po dłuższej chwili poszukiwań, dokopałam się do upragnionego przedmiotu. Rozwinęłam pogniecioną mapę, skanując wzrokiem jej zawartość, z której nie udało mi się wywnioskować zbyt wiele. No dobra. Trzeba będzie pójść na żywioł. Bez chwili wahania chwyciłam pasek od torby, by ponownie poderwać się do lotu. Niedługo potem mym oczom ukazał się delikatny zarys dachów w oddali, będącymi zapewne częścią miasteczka Kahalide. Po krótkim namyśle uznałam, że najrozsądniej byłoby wylądować gdzieś w krzewach, w końcu nie wiem czy mieszkańcy owej miejscowości przywykli do widoku ptaka zmieniającego się kobietę, co przeciętnego mugola mogłoby... No, odrobinę zszokować. Znalazłszy się w końcu na ziemi, przerzuciłam torbę na ramię, zmierzając żwawym krokiem w stronę domku. Z zewnątrz wyglądał nawet ładnie, choć przydałoby się trochę ogarnąć pozarastany krzewami ogród. Tuż przed wejściem już ktoś na mnie czekał. Proszę, kolejna niespodzianka.
- Dzień dobry - kobieta ciepło uścisnęła mą dłoń - Rozumiem, że Pani Black?
Pokiwałam głową, odwzajemniając jej uśmiech. Rudowłosa naprędce podała mi sporą, czarną teczkę.
- Proszę jeszcze podpisać tutaj i tu - przejechała palcem po kartce, kolejno wskazując miejsca oznaczone kropkami. Wypełniwszy papiery, otrzymałam zestaw kluczy i nim zdążyłam w jakikolwiek sposób podziękować, kobiety już... nie było. Zagadkowa sytuacja. Przekręciłam kluczyk w zamku i uradowana niczym filmowy William B. Tensy zapalający swojego papieroska, weszłam do domu, który ku memu zaskoczeniu, a zarazem też rozczarowaniu, ani trochę nie przypominał tego ze zdjęć oglądanych parę tygodni temu. Wszędzie wokół tułały się bezpańskie kłęby kurzu, stare, zniszczone meble pozostawione przez dawnych właścicieli aż prosiły się, by je stąd jak najszybciej usunąć, ze ścian sypał się tynk, a sufit... No właśnie, o nim jeszcze nie wspomniałam. Gdy tylko otworzyłam drzwi od sąsiedniego pokoju, na głowę opadła mi warstwa pyłu. Litości, chciałam kupić dom, powtarzam DOM, a nie ruderę! Wszystko dookoła wyglądało tak... Ach, szkoda gadać. Nic dziwnego, że wystawiono go za tak "okazyjną" cenę. Dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby najpierw sprawdzić jego obecny stan, a dopiero później cokolwiek podpisywać?
W pomieszczeniu rozległo się dość głośne pukanie, które skutecznie wyrwało mnie z rozmyślań. Ha, ledwo znalazłam się w środku, a już ktoś dobija się do drzwi. Westchnąwszy cicho wróciłam z powrotem na korytarz, by następnie otworzyć nieznajomemu, którym okazał się być... Jakiś siwy, dość wysoki mężczyzna, na oko dałabym mu góra szcześćdziesiątkę, choć pewnie i tak nazbyt go już postarzyłam.
- Pani Riley Black? - jegomość uniósł krzaczaste brwi, wbijając we mnie swe jakże przenikliwe spojrzenie, które zdawało się być wręcz stworzone do przebijania potencjalnych rozmówców na wylot. Niezbyt przyjemne uczucie. I pomyśleć, że poprzez jedno, pozornie tak proste pytanie, nasuwa się człowiekowi aż tyle skojarzeń. Fascynujące.
- T... Tak - skinęłam niepewnie głową, wciąż nie mogąc się uwolnić od tego dziwnego uczucia, jednak po chwili zdrowy rozsądek wziął górę, wytrącając umysł z kłopotliwego stanu - W jakiej sprawie?
- Mam pani przekazać ten list - odparł beznamiętnie, podając mi elegancką, białą kopertę na której widniał stempel o dość skomplikowanym wzorze, co chyba nie miało w tej chwili większego znaczenia - Jeśli to możliwe, proszę się zgłosić jutro z samego rana - dodał jeszcze, nim opuścił moją werandę.
A więc to wezwanie z Rady Zmiennych? Hm, w sumie mogłam się tego domyślić, choć szczerze powiedziawszy, sądziłam że tutejsze władze mają w zanadrzu nieco nowocześniejsze metody, takie jak choćby przesyłki wewnętrzne, z którymi można się w tej chwili spotkać nie tylko w Brytyjskim Ministerstwie Magii.
Tak więc, nazajutrz udałam się w wyznaczone miejsce, przed wyjściem sprawdzając jeszcze trasę. Dochodziła godzina ósma, a wedle prośby Rady miałam się tam stawić o dziewiątej trzydzieści. Dobra, nie jest tak źle, może zdążę.
~•~
O dziwo, w samym budynku Rady Zmiennych nie spędziłam nawet piętnastu minut. Szybko udało się załatwić wszystkie formalności, co niezmiernie mnie cieszyło, bowiem miałam jeszcze w planach zwiedzanie, na które pewnie jutro zabrakłoby czasu, w końcu trzeba zacząć pracować. Przemierzałam spokojnym krokiem kamienną ścieżkę, z nosem szczelnie wbitym w karty z wypisanymi kolejno zasadami. W całej tej zadumie, nawet nie wiem kiedy zderzyłam się z czymś, a raczej z kimś. Nim zdążyłam ogarnąć co się dzieje, podobnie jak ofiara mej niezdarności; już znalazłam się na ziemi.
- Ojej, bardzo przepraszam... - wyjąkałam zmieszana.

Ktoś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen