wtorek, 24 kwietnia 2018

Od Riley CD Vincenta

Stworzenie było urocze. No, po prostu urocze, inaczej tego maleństwa (hah, jeśli można tak to ująć, bo jak na młodziaka zwierzak był dość pokaźnych rozmiarów) nie dało się opisać. Właśnie, skoro już jesteśmy w temacie opisywania, to zrobiłam tyle notatek, że aż mnie rozbolała ręka.
Tak więc ruszyliśmy spokojnym krokiem w stronę Roikaele. Znalazłszy się w domu, Vincent pozwolił podopiecznemu zwiedzić wszystkie pomieszczenia. Przez pewien czas obserwowaliśmy z zainteresowaniem małego, który przechadzał się z pokoju do pokoju, zaglądając praktycznie w każdy kąt. Koniec końców usadowił się wygodnie na oparciu kanapy, na którym trochę się nie mieścił, ale jak widać nie przeszkadzało mu to ani trochę.
- Jak myślisz, co z nim zrobią, gdy poinformujemy o tym wszystkim Radę? - mężczyzna zerknął na mnie, nieco zasmucony, popijając gorącą herbatę.
- Nie wiem - pokręciłam głową, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od smoka pogrążonego w głębokim śnie - Pozwolą ci go zatrzymać, albo wyślą do Rezerwatu smoków w Rumunii... - zamilkłam na moment. Nigdy nie lubiłam wspominać tego miejsca, zwłaszcza że to właśnie tam wywieziono moją podopieczną. Szczerze wątpię czy się tam odnalazła, nie należała do zbyt towarzyskich istot... Dopiero po dłuższej chwili skapowałam, iż łowca wciąż czeka, aż dokończę zdanie - ...ale mam nadzieję, że będzie mógł zostać u ciebie... - uśmiechnęłam się - Naprawdę cię polubił, to widać.
Vincent odwzajemnił mój uśmiech, odstawiając pusty już kubek na stolik.
- Dobrze, ja ci już dzisiaj nie będę zawracać głowy. Wpadnę jutro sprawdzić jak się miewa Nero i przy okazji poszperam wieczorem w szafie z książkami. Może znajdę coś na temat tego malca - po tych słowach, ściągnęłam z wieszaka swoją bluzę, znikając za drzwiami.
Część trasy przebyłam pieszo, jednak po pewnym czasie poczułam, że nogi zaczynają mi się samoistnie uginać, więc postanowiłam wzbić się w powietrze. Jednak Roikale, a Kahalide to całkiem spory kawałek drogi.
~•~
Nazajutrz z samego rana udałam się do miejscowej szklarni, skąd wykupiłam kilka kwiatów figi abisyńskiej, będącej doskonałym uzupełnieniem diety niemalże wszystkich gatunków smoków. Na szczęście pogoda dopisywała, na niebie nie było ani jednej chmurki i praktycznie całą drogę do domu Vincenta mogłam przefrunąć. Dochodziła godzina dwunasta, gdy zawitałam u progu jego drzwi.
- Cześć - przywitałam się, wchodząc do środka - Jak Nero?
- Chyba czuje się bardzo dobrze, zresztą sama zobacz - mężczyzna wskazał na smoka radośnie skaczącego w kółko po pokoju - Przespał spokojnie całą noc, niedługo dostanie drugi posiłek.
- A właśnie, mam coś dla niego - rozpromieniłam się, podając Vincentowi do ręki torebeczkę z purpurowymi roślinami - Dosyp parę płatków do karmy i dokładnie wymieszaj. Można to podawać wszystkim zwierzakom, a w szczególności młodym smokom i gryfom.
- O, dzięki - odparł łowca, kierując się w stronę kuchni - Zaraz przyjdę, muszę przygotować mu porcję. Popilnujesz go chwilę?
- Pewnie - przykucnęłam na posadzce, obserwując bawiące się stworzonko. Nero podniósł na mnie nieco podejrzliwe spojrzenie. Hah, pewnie kojarzę mu się głównie z miarką, notesem i całą resztą naukowych pier##ł, niezbędnych większości początkujących badaczy.
- Chodź tu, nie bój się... - zacmokałam łagodnie do słodziaka, który powoli i ostrożnie podsunął pyszczek pod moją dłoń.
Po dokładnym zbadaniu obcego zapachu pozwolił nawet się dotknąć, jednak przez następne parę sekund jeszcze zachowywał dystans. Delikatnie wsunęłam rękę pod jego skrzydło, przy czym maluch momentalnie przekręcił się na prawy bok, mrucząc z zadowoleniem.
- Ta, wiedziałam że też to lubisz... - zachichotałam gładząc jego miękkie, czarne skrzydełka.
- Jedzenie gotowe! - poinformował nas Vincent, stawiając przed smokiem sporą, metalową miskę z karmą. Nero rzucił się na posiłek, jakby nie jadł od wielu dni.
- Nero, powoli! - śmiał się mężczyzna, gdy zwierzak wsadził głowę do pokarmu, przez co część jego pyszczka była teraz wymazana w papce.
- No widzisz jaki dobry z ciebie kucharz! - parsknęłam śmiechem rozbawiona zachowaniem stworzonka - Kida też tak jadła, tyle że próbowała pochłonąć całą miskę...
- Kida?
- Tak, opalooki antypodzki. Nie wiem jakim cudem, ale znalazła się na dachu domu mojej babci. Razem ją odchowałyśmy, była u nas ponad dwadzieścia lat... - westchnęłam. Czułam że głos zaczyna mi drżeć, jednak w porę się powstrzymałam - Niestety ktoś doniósł do Ministerstwa, że mamy na terenie niebezpieczne zwierzę, które powinno się lada dzień usunąć bo cytuję: "stanowi zagrożenie dla mieszkańców"... - zacisnęłam dłonie, znów wzdychając ciężko.
- A... Stanowiła?
- No właśnie nie. Nie była agresywna ani trochę, ale bała się innych smoków, bo od najmłodszych lat wychowywali ją ludzie. Pierwsze oskarżenie padło, gdy przez przypadek podpaliła nam garaż... - przerwałam widząc zdziwienie, a zarazem lekkie zakłopotanie na twarzy Vincenta - ... no, zwyczajnie miała katar... - nie wiem dlaczego, ale na wspomnienie o tym incydencie chciało mi się śmiać. Tyle razy podpaliła coś w domu, łącznie z moimi włosami - Przyznaję, była trochę kłopotliwa i uparta, ale strasznie kochane z niej stworzenie. Jak byłam w domu "pomagała" mi we wszystkim. Potem musiałyśmy z babcią wybudować jej zadaszone posłanie na dworze, bo niestety w wieku ośmiu miesięcy przestała się mieścić w drzwiach. Gdybym mogła to pojechałabym tam zobaczyć jak się miewa, ale wstęp wolny mają tylko tamtejsi pracownicy. Może gdy wreszcie stanę się pełnoprawnym badaczem, pozwolą mi tam wejść - spojrzałam na smoka, który wgramolił się na kolana siedzącego obok Vincenta, dopominając się pieszczot.

Vincent?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen