niedziela, 22 kwietnia 2018

Od Christiny Do Kogoś

Wychodząc z pod prysznica chwyciłam duży ręcznik, wytarłam się, i owinęłam się nim. Tuż po tym chwyciłam za mniejszy, i wytarłam nim włosy. Zbliżyłam się do lustra, przy którym leżała suszarka. Podłączyłam ją do gniazdka, i zaczęłam suszyć włosy. Od razu po wysuszeniu ,,kudełków'' zabrałam się za ich rozczesywanie. Tuż po tym związałam je w kucyk, i zrobiłam na nim loki. Zaraz po tym włożyłam na siebie bieliznę, białą bluzkę, wygodną i rozciągliwą kurtkę jeansową, oraz wygodne i rozciągliwe, lekko podarte jeansy. Na szyję założyłam naszyjnik z wisiorkiem - najprawdziwszym szafirem prosto z meksyku. Warto wspomnieć, że były zaczarowane przez moją ciotkę - maga; gdy wszystkie rzeczy były nałożone na mnie na raz, moja moc się zwiększała - dokładniej dostawałam wtedy część mocy ciotki. Coś ,,niby'' jak kontrakt, jednak to zwykły prezent na dwudzieste-piąte urodziny, mający pomóc mi w pracy i samoobronie. Na rękę nałożyłam podkład, i nałożyłam go na twarz za pomocą pędzla. Następnie rozprowadziłam go gąbeczką. Korektor nałożyłam pod oczy, i w niektóre miejsca na twarzy. Rozprowadziłam go po tych miejscach, i wszystko zakryłam warstwą pudru (aby makijaż nie spłynął). Dodatkowo użyłam (dosłownie) odrobinki bronzera, rozświetlacza, i różu, tak aby dwa ostatnie coś dawały, jednak nie było można stwierdzić że to one. Na usta nałożyłam pomadkę matową, o odcieniu bardzo ciemnego różu. Brwi poprawiłam dosłownie delikatnie, to samo z rzęsami. Poza tym, powieki rozjaśniłam nieco od góry, i przyciemniłam od dołu. Jak codziennie, użyłam odpowiedniego zaklęcia, aby utrzymał się jak najdłużej i nie zmył się od wody lub czegoś takiego.
 Od razu po zrobieniu makijażu udałam się do kuchni, gdzie wstawiłam wodę na herbatę, i zrobiłam tzw. tosty francuskie. Herbata rumiankowa zaparzyła się w tym samym czasie, w którym soliłam tosty. Herbatę posłodziłam natomiast trzema łyżeczkami cukru.
Śniadanie zjadłam dość szybko jak na mnie. A zaraz po nim udałam się do pokoju, aby wziąć kilka rzeczy. Pierw wzięłam zaczarowany, mały woreczek - nie ważne ile rzeczy do niego włożę, wszystko się zmieści. Dodatkowo, jeżeli go gdzieś przywiążę, tylko ja będę mogła go odwiązać. To był prezent od ciotki na dziewiętnaste urodziny...
Do woreczka spakowałam mały, czarny, poręczny aparat, czarną lornetkę, mp3 i słuchawki, telefon, próbówki, scyzoryk (który to kupiłam będąc w meksyku), dwa długopisy (czarny i niebieski), notes w róże, ciemnoniebieski płaszcz przeciwdeszczowy, plastry, bandaże,  trzy kanapki z masłem orzechowym, dwa jabłka, oraz dwie wody w butelce. Następnie przywiązałam go do paska.
Nałożyłam na siebie czarną kurtkę i czarne buty sportowe, po czym wyszłam z domu. Po zamknięciu drzwi wsadziłam klucz do magicznego ,,woreczka''.
Od razu skierowałam się w stronę gór.
***
Ostrożnym krokiem przemierzałam przełęcz, wypatrując co najmniej jednej jaskini. No tak, oczywiście zapomniałam powiedzieć - w tych okolicach można spotkać gryfy. W sumie, i gryfy i hipogryfy odwiedzają czasami ,,niższe'' tereny, jednakże robią to głównie aby znaleźć pożywienie.
A właśnie, co do hipogryfów, one też zamieszkują te góry, jednakże raczej wybierają lasy iglaste.
W sumie, warto wspomnieć - oba te gatunki spotkać też można w jaskiniach na klifach, nad morzem. Oba gatunki są chronione, i lepiej nie podchodzić zbyt blisko do osobników totalnie nieoswojonych, a zwłaszcza do tych które widzą cię pierwszy raz.
W pewnym momencie usłyszałam ,,pianie''. Schowałam się między głazami, wyciągając lornetkę z woreczka. Przystawiłam ją do oczu - widziałam gryfa w locie. Ach, co za majestatyczne stworzenie!
Gryfa nie obserwowałam zbyt długo, ponieważ usłyszałam ludzki krzyk, a po chwili odgłos biegu. Dodatkowo słyszałam też pianie gryfów. To nie wróży nic dobrego.
Wyskoczyłam z kryjówki, rozglądając się. Ujrzałam biegnącego zmiennego. Lub maga... Wszystko jedno!
Widząc jak lecą za nim (lub za nią) gryfy, podbiegłam tam, i za pomocą kilku myśli stworzyłam wysokie ściany z ognia, tak aby otaczały i mnie i drugiego człowieka. ,,Ktoś'' ukucnął, aby nie zostać sparzonym przez ogień. Gryfy natomiast odleciał ze strachem.
Ech, nienawidzę straszyć zwierząt... No ale, patrząc na to z drugiej strony, chciałam tylko kogoś uratować.
Gdy gryfy odleciały, zgasiłam ogień.
- Nic ci się nie stało? - zwróciłam się do ,,ktosia''.

Ktosiu? XDD wiem, to gónwo nie opek XD 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen