poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Anastasia&Cole | We thought it's over but it's just begin

Słońce przebijało się przez konary drzew rażąc nas w oczy. Szliśmy przez las już piątą godzinę, a jedynymi naszymi towarzyszami były śpiewające ptaki. Zarośla wydawały się nie mieć końca, co skutecznie zniechęcało mnie do wędrówki. Na szczęście Cole wciąż nie tracił zapału i pomimo mojego marudzenia, wciąż cierpliwie ciągnął mnie za sobą. Ogromny plecak ciążył mi na ramionach i strasznie utrudniał mi chodzenie. Z pewnością miałam już odparzenia, jednak nie takie rzeczy się wytrzymywało. Chwała Bogu, że jestem dość odporna na ból.
- Mam nadzieję, że umiesz korzystać z mapy... - burknęłam do Cole'a, gapiącego się niewyraźnie w pogięty kawałek papieru.
- Tak, jasne! - zapewnił, mimo że jego mina mówiła zupełnie coś innego. Przewróciłam oczami i spojrzałam w niebo.
- To ile jeszcze do tego Rokai... Roika... Roikaeee... miejsca do którego idziemy?
Cole uśmiechnął się krzywo i mruknął:
- Roikaele, analfabeto! Chyba jakieś osiem kilometrów.
Prychnęłam pod nosem, uderzając go w ramię.
- Uważaj bo jeszcze krzywdę mi zrobisz! - roześmiał się, lekko mi oddając. Wystawiłam język i ruszyłam dalej. Nagle usłyszałam trzask łamanych gałęzi. Rozejrzałam się niespokojnie szukając źródła dźwięku. Rodriguez spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a ja szepnęłam do niego najciszej jak mogłam:
- Słyszysz?
Chłopak wyprostował się i również zaczął nasłuchiwać. Nagle za drzewami ujrzałam ciemną postać. Strach totalnie mnie sparaliżował. Nieprzytomnie złapałam Cole'a za rękę, aby zwrócić jego uwagę i palcem wskazałam na drzewa. Postać była coraz bliżej.
- Uciekaj! - krzyknęłam do niego, po czym sama rzuciłam się do biegu. Chłopak był szybszy więc to on prowadził, zostawiając mnie nieco z tyłu. Obejrzałam się za siebie. Tajemnicze stworzenie wciąż podążało za nami i co najgorsze było coraz bliżej. Cole niespodziewanie skręcił, więc zrobiłam to samo. Zdezorientowany potwór został w tyle. Spojrzałam do tyłu, aby określić jak daleko jest stwór. Nagle potknęłam się o wystający korzeń i przewróciłam się na złamany konar, z którego wystawały ostre gałęzie. Poczułam ogromny ból tuż nad prawym biodrem. Z przerażeniem spojrzałam na bolące miejsce. Z mojego boku wystawała teraz gałąź, na którą musiałam się wbić spadając na konar. Z rany obficie sączyła się krew. Zrobiło mi się słabo... Bardzo słabo.
- Nastia! - wrzasnął Cole, po czym nachylił się nade mną, próbując opatrzyć bok. Nagle pojawił się za nim potwór. Ostatkiem sił wyszeptałam:
- Cole, uciekaj...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs Black Farfallen